Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 stycznia 2016

Złoty pociąg znaleziony w Książu.

  
 
Od jakiegoś czasu trwa tzw. gorączka złota, a Wałbrzych i okolice są oblegane przez poszukiwaczy skarbów. Nie chcieliśmy być gorsi i również wyruszyliśmy na poszukiwanie "złotego pociągu". Zamiast jednak wędrować po bezdrożach i lasach, udaliśmy się do samego centrum dolnośląskich tajemnic, czyli do zamku Książ. Jego podziemia, liczne zawiłe korytarze i komnaty kryją nie jedną tajemnicę.

Obecnie trzeci co do wielkości zamek w Polsce został wybudowany w XIII wieku. Bardzo często zmieniał właścicieli, aż w 1509 roku przeszedł w ręce rodziny Hochbergów (początkowo Hohberg) i był jej własnością aż do drugiej wojny światowej. Hochbergowie włożyli bardzo dużo wysiłku w rozbudowę zamku i całego majątku. Na przełomie lat 20 i 30 XX wieku Zamek Książ był jedną z najbardziej imponujących rezydencji, a jego właścieciel Jan Henryk XV - hrabia von Hochberg książę von Pless i jego małżonka księżna Daisy zaliczali się do najbardziej znaczących i najbogatszych rodzin w arystokratycznych Niemczech.

Zabytkowa brama zachęca do wkroczenia w potężnych rozmiarów przypałacowy park mogący się pochwalić kilkusetletnimi okazami drzew, a także wieloma gatunkami rododendronów. Warto odwiedzić to miejsce w porze kwitnienia. Imponująca roślinność umila dosyć długą drogę, która wiedzie od parkingu do budynku bramnego. Auto można zostawić również bliżej zamku. Niestety opłata jest dosyć wysoka i nawet osoby korzystające z przywileju "karty parkingowej", nie mogą liczyć na zniżkę.


 Teren przed samą bramą jest coraz  bardziej zadbany i przyjazny dla turystów. Żwirowe alejki, ławeczki i klomby sprzyjają odpoczynkowi.






Podziwiając zamkowy dziedziniec, zdobiony licznymi rzeźbami, nabieraliśmy sił przed zwiedzaniem, które, jak się później okazało, zajęło nam trzy godziny.













Kiedy przekroczyliśmy zamkowe podwoje, zdobione pięknym portalem z herbem rodu Hochberg, okazało się, że grono poszukiwaczy skarbów i tajemnic wszelakich, jest ogromne. Wieść o "złotym pociągu" przyciągnęła rzesze zwiedzających. Ze względów bezpieczeństwa znacznie zwiększono liczbę ochroniarzy i wprowadzono wymóg pozostawiania w szatni plecaków i dużych toreb. Nic dziwnego, bo przy takich tłumach, z łatwością można szturchnąć jakiś eksponat lub uszkodzić obraz.  Uzbrojeni jedynie w aparat ruszyliśmy do zamkowej windy. Co prawda na wózku można zwiedzić tylko dwa piętra, ale i tak trafiliśmy do najciekawszych i najpiękniejszych komnat.



Na korytarzach są liczne fotografie rodziny Hochberg. Z ogromnego portretu spogląda na nas księżna Daisy, która urodą i uśmiechem ociepla nieco, surowe przestrzenie .



 Księżna tylko na zdjęciach wygląda na szczęśliwą osobę. W rzeczywistości taka nie była. Męczyła się w zaaranżowanym przez rodzinę małżeństwie. Najbardziej jednak przeszkadzała jej dworska, sztywna etykieta, której nie potrafiła się podporządkować. Była ogromnie energiczną, ciepłą i czułą osobą. Otoczenie jednak nie podzielało jej radości i pasji życia, dlatego z chęcią uciekała od pruskiej sztywności dworu i odbywała liczne podróże. Nade wszystko ceniła sobie wolność. Mimo, że książę otaczał ją miłością i spełniał jej wszelkie kaprysy, Daisy i Jan Henryk nie stworzyli szczęśliwej rodziny. W końcu doszło do rozwodu. Jan Henryk wyemigrował do Francji, a Daisy pozostała w Książu. Była świadkiem niszczycielskiej działalności hitlerowców, którzy już w 1941 roku zaczęli nim zarządzać. Często uważała, że to sześciometrowy naszyjnik z pereł, który otrzymała od męża podczas poślubnej podróży, sprowadzał na nią nieszczęścia. Podobno jeden z zatrudnionych przez Jana Henryka poławiaczy pereł, zmarł podczas pracy, a przed śmiercią przeklął księżnę. Drogocenny klejnot zaginął po śmierci Daisy. Podobno kazała się z nim pochować, ale nikt nie wie gdzie znajduje się jej grób.





Duże wrażenie zrobiły na nas ogromne korytarze. Są tak przestronne, że spokojnie można by po nich jeździć samochodem. Ma się to nijak do niektórych komnat, małych i dosyć ciemnych.



W niektórych klaustrofobiczne wrażenie potęgują drewniane kasetonowe sufity.




Zawsze można odwrócić wzrok w stronę rozległego dziedzińca.



Gdyby nie liczne pary pilnujących nas oczu, z chęcią zajrzałabym w każdy zakamarek i zaułek.



Aż korci, żeby zboczyć nieco z głównego szlaku i zajrzeć tu....



a może tam i na chwilę zgubić się w labiryncie korytarzy i półpięter.



 Mimo, że obecnie wiele komnat zaadaptowano na pomieszczenia administracyjne i gospodarcze, to wyobraźnia podsuwa obrazy prawdziwych tajemnic, jakie mogą się kryć za licznymi drzwiami.




 Najbardziej żałuję, że wyremontowano i  udostępniono do zwiedzania zaledwie kilkanaście komnat, z około 430. Pozostałe próbuje się jakoś zagospodarować. Np. na galerię sztuki, antykwariat lub sklep z pamiątkami.






Pozostałe są zamknięte i nawet przez dziurkę od klucza niewiele widać. Czasami tylko gołe ściany lub sprzęt służb sprzątających. Wpadliśmy nawet na pomysł, że właściciel zamku powinien wykupić te wszystkie zabytkowe meble i zapełnić nimi puste pokoje.




Przeskakujemy znak stop i znowu wsiadamy do windy. Kolejne piętro jest bardziej okazałe. To na nim są najpiękniejsze komnaty.

Przede wszystkim, najbardziej reprezentacyjna sala Maksymiliana.





Utrzymana w barokowym stylu zachwyca kominkami z czarnego marmuru, kryształowymi lustrami i złoconymi żyrandolami. Na suficie plafon przedstawiający sceny z mitologii.






 W sali Maksymiliana przyjmowano bardzo ważnych gości: polityków, artystów, arystokratów. Odbywały się w niej liczne bale i koncerty.

Od sali Maksymiliana przechodzimy dalej, przez ciąg przepięknych komnat, których wygląd rozpala wyobraźnię o tym, jak dawniej wyglądał zamek. Należy pamiętać, że była to obok zamku w Pszczynie, najznamienitsza budowla rodowa Hochbergów.




Salon zielony.




 Salon biały






Salon chiński.




Salon gier.


Prawdziwym zagrożeniem dla zamku były lata drugiej wojny. W 1941 roku przeszedł on w ręce hitlerowców i zgodnie z zasadami tzw. "nowej sztuki", obowiązującej w III Rzeszy, zaczęto przebudowywać rezydencję. Od tej pory miała to być kwatera Hitlera. Zaczęto niszczyć i rozkradać zabytkowe wnętrza. Wiele sal zostało zdewastowanych i przerobionych na potrzeby wojskowe. Aż trudno sobie wyobrazić, że ze ścian odkuto freski, wiele ścian zburzono i przemalowano. Zdejmowano obrazy, lustra, żyrandole. Wiele z cennych przedmiotów rozgrabiono i wywieziono nie wiedzieć gdzie, chociażby ogromną bibliotekę. Gdyby nie interwencja Guntera Grundmanna, ówczesnego dolnośląskiego konserwatora zabytków, z pięknych komnat i bogatego wyposażenia, nie ocalałoby absolutnie nic. To dzięki niemu i systemowi licznych skrytek, część przedmiotów odnaleziono po latach.

Gdyby nie koniec wojny zamek zapewne wyglądałby tak.


Zamiast zabytkowych komnat, obetonowane pomieszczenia bardziej przypominające bunkier.

Zaczęto kopać również rozległe tunele pod zamkiem. Do dzisiaj spekuluje się na temat ich rozmieszczenia, przeznaczenia i tego, co kryją w swoich czeluściach. Mówiono o tym, że Niemcy pracowali tam nad bronią biologiczną i atomową. Byli i tacy, którzy twierdzili, że może się tam znajdować Bursztynowa Komnata, a nawet "złoty pociąg". Ogromne tunele miały łączyć podziemia Książa z kompleksem sztolni w Górach Sowich. Stanowiły one część kompleksu Riese. Dosyć obszernie na ten temat pisze Joanna Lamparska w książce "Tajemnice ukrytych skarbów".


Obowiązkowym punktem programu zwiedzania jest dotknięcie Skałki Szczęścia. Jest to fragment skały, na której zbudowano zamek. Legenda głosi, że kiedy się jej dotknie i wypowie życzenie, na pewno się spełni. Wracałam do niej dwa razy, bo przypominały mi się kolejne :D


I tak zaglądaliśmy w różne zakamarki w nadziei, że natrafimy wreszcie na chociaż najmniejszy ślad "złotego pociągu".






Które schody wybrać, żeby do niego dotrzeć....



A może wyjechał tym tunelem....


Już prawie opuszczaliśmy zamek, gdy nagle......

Jest! Poszukiwania zakończone.




Poszukiwanie prawdziwego pociągu obserwuję z ciekawością, a teraz jeszcze uprzyjemnione herbatką w "złotym" kubku. Myślę jednak, że nawet gdyby się okazało, że nie istnieje, to samo nagłośnienie sprawy, stało się świetną promocją dla Wałbrzycha i okolic. Okoliczne gminy zostały zmotywowane żeby poszperać w archiwach i zacząć szukać własnych skarbów, których dolnośląskie ziemie są pełne.

Niestety najświeższe informacje nie są zbyt pomyślne. Mimo, że główni zainteresowani, którzy zgłosili obecność pociągu, twierdzą, że na pewno jest on we wskazanym przez nich miejscu, to badający okolicę naukowcy, stanowczo temu zaprzeczają. Specjalistyczne badania potwierdzają jedynie istnienie zasypanego tunelu, ale wykluczają obecność w nim pociągu. Liczę, podobnie, jak i wielu pasjonatów tajemnic Dolnego Śląska, że poszukiwania zostaną wznowione, że wreszcie ktoś się zdecyduje pójść śladem pogłosek i opowieści, które krążą od czasów wojny.

Dlaczego zatem nie zbadać dokładnie tajemniczego tunelu i innych sztucznie utworzonych nasypów kolejowych? Dokąd prowadzą zaślepione tunele przed którymi widać pozostałości kolejowych podkładów? A wystające z ziemi rury i betonowe szyby wentylacyjne, co wentylują i gdzie prowadzą? Tych śladów i pozostałości betonowych konstrukcji jest wiele i myślę, że warto wreszcie poznać ich przeznaczenie.

My natomiast swój cel osiągnęliśmy. Możemy zatem zostawić piękną panoramę zamku za sobą i ruszyć na kolejną wyprawę.





środa, 26 sierpnia 2015

Karpniki. W poszukiwaniu karpi i ukrytych skarbów.

Karpniki to obecnie niewielka wieś położona u podnóża Krzyżnej Góry w Rudawach Janowickich. Mimo, że jest mała to może się pochwalić pięknymi zabytkami. Największym i najpiękniejszym jest zamek otoczony malowniczymi stawami. Kiedyś stanowiły one siedlisko karpa, ryby, która była ogromnie ceniona na pańskich stołach. Z tymi karpiami związana jest ciekawa legenda. Otóż właściciel dóbr surowo zabronił miejscowej ludności łowić ryby w swoich stawach. Pewnego dnia znalazł się śmiałek, który złamał zakaz i każdej nocy po kryjomu zakradał się nad staw. Za jednym poszli następni. Kiedy pan na zamku się o tym dowiedział, kazał wyłapać złodziei, a jednego z nich, dla przykładu powiesić nad bramą zamku. Pewnej nocy, wisielec nawiedził dziedzica i powiedział, że opuszcza zamek, ale zabiera ze sobą wszystkie kapie. I tak odszedł w blasku księżyca, a za nim wszystkie ryby. Rozwścieczony pan zamku nie mógł ich niestety zatrzymać i ze złości padł nieprzytomny i nigdy już się nie obudził. I właśnie na pamiątkę tego wydarzenia wieś nazwano Karpnikami.





Karpnicki zamek został wybudowany w XV wieku, ale jego rozkwit rozpoczął się tak naprawdę od 1822 roku, kiedy przeszedł w ręce księcia Wilhelma, brata ówczesnego króla Prus Fryderyka Wilhelma III, właściciela niedalekich Mysłakowic. W ten sposób rodzina królewska władała okolicą, bo i przepiękny Wojanów też do niej należał. Książę Wilhelm lubował się w pięknych przedmiotach, którymi zapełniał zamkowe komnaty. Osobiście zaprojektował niektóre meble, a także był autorem przebudowy zamku. Ze zbiorów rodzinnych pamiątek stworzył muzeum, a w jednej z sal stworzył bibliotekę z bogatym zbiorem rękopisów. Liczni goście odwiedzający zamek mieli co podziwiać. A trzeba wspomnieć, że podwoje zamku były stale otwarte dla arystokracji i artystów. Można powiedzieć, że za czasów Wilhelma w Karpnikach trwała niekończąca się zabawa. Bywało i tak, że pan bawił się w towarzystwie nawet stu gości.





My też chcieliśmy przez chwilę poczuć się, jak arystokracja, dlatego z ciekawością przekroczyliśmy mostek nad fosą i wkroczyliśmy do chłodnego wnętrza.

Całego zamku niestety nie można zwiedzać, ponieważ obecny właściciel, urządził w nim hotel.


 
 
Można jednak cieszyć oczy przepięknymi detalami
 


Wejść do bardzo klimatycznej restauracji, gdzie w upalny dzień, między grubymi murami, można odnaleźć przyjemny chłód.


Można również posiedzieć na dziedzińcu i zachwycać się budowlą.





Uderzyły mnie uroda i majestat jaki emanuje z murów,  a także niesamowity spokój tego miejsca. Co prawda co jakiś czas pod zamek podjeżdżali turyści, ale głównie w celu skorzystania z zamkowej toalety. Tylko nieliczni zamawiali coś w restauracji. Ceny dań są bowiem warte miejsca i dostosowane raczej do kieszeni zagranicznych turystów.






Dostępu do części hotelowej bronią takie oto stwory.




We wnętrzu miałam okazję być tylko przez chwilę, a to tylko dlatego, że poprosiłam o udostępnienie toalety, do której nie trzeba schodzić po stromych schodach. Przemiła pani menadżer poprowadziła mnie przepięknym korytarzem, gdzie zachowały się oryginalnie zdobione, drewniane stropy. Na ścianach natomiast wisiały bardzo liczne poroża, zabytkowa broń, a pod jedną z nich stała rycerska zbroja. W niektóre zakamarki mogłam zajrzeć przez szyby, które wstawiono w futryny zamiast masywnych drzwi. Zrezygnowałam jednak z robienia zdjęć, bo nie chciałam nadużywać uprzejmości pani menadżer.



Tak natomiast wygląda recepcja hotelu. Myślę, że jest ona piękną wizytówką tego miejsca.






Otoczenie zamku to park w stylu angielskim, zadbane trawniki i oczywiście stawy.



 Dookoła zamku prowadzi wygodna ścieżka. Wędrując wzdłuż stawów można podziwiać zamek z każdej strony.







 Pod koniec drugiej wojny światowej zamkowe pomieszczenia stanowiły magazyn dla skarbów zrabowanych w okupowanych przez Niemców krajach. Na początku 1945 roku wraz z cenniejszym wyposażeniem zamku zostały załadowane na ciężarówki i wywiezione na zachód. Kilka skrzyń podobno ukryto w okolicznych lasach. Jak dotąd bezskutecznie poszukiwacze skarbów przekopują ziemię. Niektóre z karpnickich arcydzieł wiele lat po wojnie ujawniały się na zagranicznych aukcjach, a najcenniejszy  z obrazów "Madonna" Hansa Holbeina, obecnie znajduje się w muzeum w Darmstadt. Obraz jest uważany za większe arcydzieło, niż "Mona Lisa". Najbardziej tajemnicza pozostaje historia szczerozłotej kołyski, która należała do carycy Katarzyny. Podobno pozostała w zamku do końca drugiej wojny. Niestety ślad po niej zaginął, jak i po pozostałym wyposażeniu. Powojenne władze dokończyły grabieży zamku. Legendy o skarbach do tej pory podsycają wyobraźnię poszukiwaczy, jak i złodziei. Próbowano nawet ukraść zabytkowy portal bramny, na szczęście nieskutecznie.








Miejsce to zrobiło na nas duże wrażenie. Odrestaurowane z prawdziwym smakiem, z zachowaniem stylu dawnej epoki. Widać, że obecny polski właściciel włożył wiele serca i wysiłku w to miejsce. Pamiętam je sprzed kilku lat, kiedy stawy i fosa były tak zarośnięte, że ledwo było widać bryłę zamku.

Pozostawiliśmy zamek za sobą i dębową aleją pojechaliśmy do Dębowego Pałacu, w nadziei, że może tym razem uda nam się go obejrzeć z bliska. Niestety jego podwoje są otwarte tylko dla gości hotelowych.


 Myślę, że trochę zbyt mocno dbają tutaj o prywatność. Mam wrażenie, że miejsce to jest przeznaczone dla prawdziwej elity albo dla zamkniętego kręgu gości. Nie można bowiem wjechać nawet na teren parku i chociaż z zewnątrz podziwiać zabytkowy budynek. Ta jego niedostępność bardzo podsyca moją wyobraźnię. Ciekawe jakie skarby kryją wnętrza? Z przewodników wynika, że wyposażenie było wręcz oszałamiające. Tak bardzo, że przeraziło wyzwoleńcze wojsko radzieckie. Rosjanie nie wiedzieli jak wykorzystać zabytkowy obiekt, dlatego pozostawili go w stanie nienaruszonym. Na razie mogę tylko zazdrościć tym, których stać na wynajęcie w nim apartamentu. Na gości czekają podobno same luksusy, a także możliwość podziwiania cudownej panoramy Gór Sokolich. Krzyżna Góra na wyciągnięcie ręki.




 
Kolejne miejsce dolnośląskiej krainy zdobyte. Niezmiennie zachęcają mnie do tego barwne opowieści Joanny Lamparskiej, autorki przewodników po Dolnym Śląsku. Jej opowieści to nie tylko fakty historyczne, ale i ciekawe legendy, które rozbudzają moją wyobraźnię.